Parę kilometrów powyżej miasta, wpada do Wisły Przemsza. Jeszcze ze 3 lata temu, gdy odwiedzałem międzyrzecze widziałem mocno przerdzewiałą tabliczkę „KILOMETR ZERO”. Faktycznie od tego miejsca geografowie twierdzą, że zaczyna się Wisła żeglowna. Ale czemu pod tym kilometrem napisano „Przemsza”? Tu się ona kończy, nie zaczyna? W 2004 roku w tym miejscu spotkałem wariatów, którzy popłynęli sobie jachtami. Z Bydgoszczy, przez Kanał Bydgoski, Noteć, Odrę, Kanał Gliwicki, żeby z Gliwic lądem „przelecieć” na ten „Km 0”. Z radości dałem im Certyfikaty Kilometra Zero, z rozpędu także miejscowemu wójtowi i prezydentowi Oświęcimia. Płynąc z nimi do Krakowa (wcześniej spotykaliśmy się we Frankfurcie i Wrocławiu, potem w Warszawie i Płocku) żałowałem, czemu tak martwa jest Kaskada Górnej Wisły. I dla ruchu towarowego, i pasażerskiego? Z jednej strony podziwiałem śluzę mającą telewizyjny podgląd do wszystkiego na lądzie, pod wodą i w powietrzu, z drugiej – ubolewałem iż nic nie pływa między Oświęcimiem a Krakowem. Do tych miast przybywają każdego roku miliony turystów. A może zamiast autokarem gości z Oświęcimia do Krakowa zabrać statkiem? By coś więcej zobaczyli, usłyszeli?
Tymczasem jednak równie mało ważna dla Beskidów i Śląska jest Odra – po czeskiej stronie w miarę zagospodarowana. Łatwiej było uruchomić polsko- białoruskie przejście kajakowe na Kanale Augustowskim, niż dogadać się w sprawie spływów kajakowych nad Olzą i Odrą. Któregoś dnia dzwoni do mnie kolega z Raciborza – „wiesz, jest taki żeglarz, który Odrą płynął od Bałtyku, aż do nas swym jachtem dotarł, a do Czech chciał dopłynąć – a my nawet pomostu nie mamy”. Czytam materiały różnych resortów – są szanse na zbudowanie zbiornika na Odrze pod Raciborzem, nawet większe, niż na Wiśle pod Goczałkowicami czy Włocławkiem. Nawet turystycznej śluzy się nie planuje, zbiornik ma służyć wyłącznie celom retencyjnym, ale drugi resort powołuje się na plany UE, by przynajmniej do Ostrawy Odra była żeglowna, jako międzynarodowa droga wodna. To co? Te jachty, kajaki, barki mają niczym pstrągi skakać w górę? W województwie śląskim powstał świetny pomysł wiślanego szlaku rowerowego. Od samych źródeł. Jego animatorzy z zapałem biorą się do roboty, by go przedłużyć, aż po Bałtyk, Wisłoujście. Zaskoczeni byli na jakiejś konferencji, gdy im powiedziałem, iż zapominają o jednej rzeczy oczywistej, że prowadzą ten szlak wzdłuż innego szlaku, którym jest sama rzeka, nie tylko będąca scenografią, tłem. I czy nie warto planować więcej miejsc wspólnych z kajakarzami, żeglarzami, motorowodniakami? Znam całkiem sporą garść ludzi, którzy uwielbiając rowerowe wycieczki, ale gdy już ich rozboli… jakiś mięsień, chętnie zostawiliby rower w przechowalni a wypożyczyli kajak. Nie mówiąc o tym, jaka to frajda popatrzeć na jakiś frajerów ciężko pedałujących, gdy my sobie spokojnie wiosłujemy. Pod prąd…Najżyczliwiej patrzę na tę konkurencję, siedząc na pokładzie jakiegoś stateczku pasażerskiego.
Po jakichś targach turystycznych mam mapę polskiej i czeskiej Ziemi Cieszyńskiej z oznaczonymi szlakami rowerowymi – także wytyczanymi dla tandemów, z rowerzystami nawet niewidomymi. W materiałach dotyczących wiślanego szlaku rowerowego nie znalazłem połączeń, może słabo widzę. A jakby miło było, gdyby te dwa szlaki połączyły się ze szlakiem Olzy i Odry, żeby można było powędrować po Racibórz, o którym zapomina się, że też jest na Śląsku. Gdzie przecież Odra nie kończy się, lecz dopiero na serio zaczyna. Mając tylu sympatyków, iż gdzieś między Raciborzem a Koźlem wymyślono „Pływadła”. Coroczną już imprezę, w której może każdy wziąć udział. Jeśli sam sobie zbuduje coś do pływania. Ponieważ już jesteśmy na rogatkach Śląska, czyli u bram Opolszczyzny, można popłynąć/ popedałować dalej – albo zawrócić Kanałem Gliwickim. Tłoku niestety nie ma. Tymczasem w Wielkiej Brytanii, przed rozwojem kolei parowej tamtejsze rzeki połączone zostały gęstą siecią kanałów. Tracących potem znaczenie gospodarcze. W ostatnim ćwierćwieczu większość z nich osiągnęła drugą młodość – jako szlaki turystyczne. Tu też Kanał Gliwicki ma szansę. Jeden tylko mam kłopot – jak wytyczyć ostatni odcinek szlaku żeglowno- rowerowego, zamykający z Gliwic pętlę do Oświęcimia, zaczynającą się w okolicach Cieszyna, źródeł Wisły i Odry?
Przypomniał mi się w tym momencie tekst ze starego, przynajmniej dla mnie kultowego filmu:
- Pan tu, panie Pogorzelski dyrdymały opowiadasz, a ja gorę…To nie dyrdymały ani hm, hm… Ze dwadzieścia lat temu na spotkaniu Polskiego Towarzystwa Współpracy z Klubem Rzymskim (jak w oryginale – była nas setka, opowiadająca jak martwimy się o przyszłość świata) zapytałem zacnych profesorów i ambasadorów, jaki jest jeden z najszybciej rozwijających się i najbardziej dochodowych przemysłów?
– Komputery?
– Nie, meeting industry.
Musiałem z teczki wyciągnąć miesięcznik pod tym tytułem, by udowodnić, iż istnieje „przemysł spotkań” – konferencji, targów, incentives (to taka zakładowa wycieczka „na grzyby”, czasem jednak tysiąc razy droższa i ciekawsza, bo jedzie się zdobyć Kilimandżaro – albo Cieszyn). To część szeroko rozumianej turystyki, będącej „przemysłem” wyjątkowo przyjaznym dla środowiska. Przyrodniczego i ludzkiego.
Choć nie jestem z Cieszyna, miasto to odwiedzam dłużej, niż żyje większość czytelników tego tekstu. Ja już nawet nie pamiętam, czy „za komuny” przez Olzę chodziło się mostem „Wolności” a wracało mostem „Braterstwa”, czy odwrotnie… Ale pamiętam gorzkie żale mieszkańców, na setki samochodów, czekających na przejściach granicznych. Zbudowano
nowe przejście graniczne – wielką estakadę nad miastem, rzeką i doliną. Mieszkańcy uwolnili się od spalin i tranzytowej „stonki”. I od pieniędzy tych gości…
Tam, w Cieszynie naszła mnie refleksja (po drugiej stronie Olzy bym powiedział, że „mam napad” – czyli pomysł – że bardzo chcemy być pomostem Europy, zachodniej i wschodniej, północnej i południowej – a okazuje się, że zostajemy pod mostem…
By zakończyć jednak optymistycznie – zaczynam jeszcze raz słuchać Nochawicy piosenki „Cieszyńskiej”, zastanawiając się, co jeszcze poprawić w jej tłumaczeniu na język polski, które zrobiłem dla własnej przyjemności. Bo jak kiedyś w Warszawie, na Myśliwieckiej, w studio 3 programu PR Jarkowi powiedziałem, że w tych samych „zahradach” cieszyńskich zbieraliśmy kwiaty swym niewiastom. I w tym samym dworcowym tunelu spotykaliśmy Marketę, wcale nie głupią, choć szaloną…
Kto nie wie, o czym piszę – niech sobie Jarka posłucha. Zdaje się też, iż ma sporo fanklubów także w Polsce, także internetowych. Więc szukajmy razem projektów „ponad granicami” – ale i nad wspólnymi wodami. Można, owszem, z Ostrawy do Szczecina czy Gdańska, do ujścia Odry czy Wisły, w jakąś godzinę przelecieć samolotem – ale nic nie zobaczyć, nikogo nie poznać.
Wczoraj w TV słuchałem jakiejś pani, która tłumaczyła, że polityka regionalna zaczyna się poniżej poziomu gminy, kończy zaś powyżej perspektywy kontynentu. Choć za obecnym rządem nie przepadam (jak każdy Polak narzekam też na poprzednie) – z panią Minister Rozwoju Regionalnego zgadzam się….Jakie są więc perspektywy Cieszyna?